wtf?

25 Listopad 2011

Przyszedł z pracy. Zaburczał coś. Ale może głodny był to i burczący. W brzuchu. Zjadł. Chyba skiśnięte leczo było. Burczał dalej. Zaproponował uprzejmie wyjście na piwo. Potem na basen. Potem na piwo. Potem na basen. Lubię u niego to zdecydowanie. Takie, że zawsze wie, czego chce i co powiedzieć. Piwo, basen, wyjście, dlaczego nie, nie chcesz, ja też mam tłuste włosy. I tak w kółko. Poszłam się umyć. Wróciłam z suchymi nawet włosami. Spał. Minęły 3 godziny. Śpi dalej. Tylko teraz w piżamie. A ja gotowa do wyjścia wciąż siedzę. Życie we dwójkę jest super. Fajnie móc gdzieś razem wyjść i nie wyjść. Ani razu. Ani razu przez siedem dni. Nigdzie, nawet do sklepu. Potem fajnie będzie marzyć o tym, że się razem wyjdzie. Opowiadać, jakby to było fajnie razem wyjść. Ale to będzie takie miłe gadanie. Bo wtedy już nie będzie wychodzenia razem. Do następnego razu na wakacjach pewnie. I wtedy też się nie wyjdzie. Nic się razem nie zrobi. Tylko pokłóci. To też razem, nie ma co marudzić.

„MonCzu Vintage Classics presents blood rock happy birthday motherf***rs”

4 Maj 2011

To było straszne. Po prostu.

wkurw

2 Kwiecień 2011

Wkurwienie to AIDS XXI wieku.

tagi:

Santo Subito, Mon!

31 Marzec 2011

No i okazało się, że wielka feta z okazji wejścia Beki w dorosłość zostanie przyćmiona przez wielką fetę z okazji wejścia JP II na ołtarze. Niby nic nie? Ale jednak niesie to za sobą całą listę konsekwencji. Nie mam złudzeń – mieszkam tu 30 lat, będzie prohibicja jak nic. Najbardziej odpowiednie miejsce do świętowania mojego wejścia w dorosłość, czyli najbardziej lanserski klub-z-rezerwacją-dwa-miesiące-wcześniej jest na trasie z Franciszkańskiej na Błonia. Yeah!
Mery Bess z tej okazji planuje wyprodukować pamiątki dla gości! Uprzejmie informuję, że nie dam włosów ani palców na relikwie. Mogę co najwyżej obślinić plakietki. Szlus!

tagi: , , ,

radykalna gospodyni domowa

1 Luty 2011

Odkryłam w sobie powołanie. I teraz już nie ma
wyjścia, muszę mieć co najmniej koszulkę z napisem RADYKALNA GOSPODYNI
DOMOWA (cas, zabieraj sie do roboty). Jestem w domu, posprzątałam
sobie, pozmywałam, umyłam, wyczyściłam, wypucowałam, wyniosłam,
schowałam, wytarłam kurze, posegregowałam, ułozyłam gazety na półkach
miesiącami (!!!), książki – mniej więcej – tematyką, żeby ewentualnym
chętnym nie umknęła literatura wartościowa w natłoku babskiej. Kartki z
rysunkami posegregowane, nieudane wywalone, ciuchy kolorystycznie
(!!!) w kosteczkę (to jest akurat bez sensu, bo i tak noszę na zmianę
trzy brązowe rzeczy – zupełnie tego nie kumam), nawet spodnie i
spódnice. To co za małe / za stare / za nieładne / za trącące myszą /
za znudzone / za niemodne (zboczenie zawodowe) poszło raus do szafki
osobnej. Część nawet wybrałam takich co moge rozdac, bo to ze mnie się
nie podoba już (vide: nie mieszczę się już) to nie znaczy, że ktoś może
nie skorzysta, nie? Nawet staniki sobie ułożyłam (nie śmiej się,
blondyna, bo już mam dużo i kolorowe). Jedyne nad czym nie jestem w
stanie zapanować to płyty. Plącze się kurestwo gdzie popadnie. Puste
pudełka dawno nie mają zawartości, a te płyty które leżą luzem to już
dawno zapomniały że kiedyś miały pudełko ładne, z obrazkiem.


Ale
ale. Wszystko to prowadzi mnie do przyznania się. Podoba mi się w domu.
Lubię tak. Posprzątać sobie, umyć i wogle. I jeszcze obiad dwudaniowy
ugotować (grzybowa i naleśniki z dwoma nadzieniami). I coś poczytać w
międzyczasie, coś napisać. A co najfajniejsze, to to, że niedługo ktoś
ukochany przyjdzie z pracki i będzie mu miło, że ma obiadek i
posprzątane (smiało, krzyczcie!). I się uśmiechnie. Lubię tak. Tak bym
chyba chciała.